William Reinsch
Ur. 1994, Essex, Anglia. Introwertyk malujący z ciemności. Kubrick jako główna inspiracja. Autor „Naked Island."
Długo zastanawiałem się jak zacząć ten tekst. Chciałem opisać emocje, historie, słowa, które przychodzą mi na myśl gdy oglądam prace Williama Reinscha. I nie potrafiłem tego zgrabnie zrobić. I chyba właśnie o to chodzi.
Malarstwo Williama Reinscha budzi we mnie szeroką paletę emocji, w tym przewagę tych, których nie umiem w pełni oddać słowami. Turpizm spotyka się z groteską, groza z tajemnicą. Obrazy odpychają… i przyciągają jednocześnie do siebie. Zagadka, co wydarzyło się na Naked Island aż krzyczy by ją rozwiązać.
A jednak ona nie ma rozwiązania. Albo inaczej: każdy ma pełne prawo mieć swoje.
Martwe ciała, figury żeńskie i męskie uchwycone w nienaturalnych pozach, minach, wyrazach twarzy. W sztuce Williama Reinscha przebrzmiewają echa jego mistrzów, m.in. Justina Mortimera. To nurt tzw. sztuki niepokojącej.
Portrety, zwłaszcza autoportrety mieszczą w sobie więcej przekazu emocjonalnego niż się wydaje możliwe na tak małej powierzchni. Dalej oglądamy niemal przerażające owce na tle posępnego pejzażu. No właśnie… pejzaże.
Nie znam technik świadomego snu, tzw. lucid dreaming. Ale jednak pamiętam, że miewałem takie przebłyski świadomości w snach, zwłaszcza tych mało przyjemnych: „O kurde, to chyba jest jakiś koszmar, trzeba się obudzić". Pejzaże Williama przypominają mi te właśnie ułamki sekund. Patrząc na nie i na jego prace figuratywne chciałbym się obudzić z tego koszmaru. Ale z tego koszmaru obudzić się nie da. One dalej tam są.
Technicznie artysta osiągnął bardzo wiele jako samouk. Teraz kształci się w akademii, ale już wcześniej jego warsztat był bardzo biegły. William dobrze wie co chce osiągnąć i jak chce to zrobić. A robi to w nieszablonowy sposób. To nie są zwykłe, standardowe, bezpieczne techniki, których uczą lakoniczne tutoriale w internecie.
William Reinsch maluje zazwyczaj na śliskiej powierzchni: na panelach aluminiowych. To uznane, choć mało popularne podobrazie. Obrazy malowane są luźnymi, pewnymi siebie pociągnięciami. Bez „lizania", czyli rozmazywania plamy w nieskończoność. Umiejętność powstrzymywania się od przepracowywania dzieła to bardzo rzadki talent.
Na koniec: impasty. Malarz niemal rzeźbi farbą. Ale nie wszędzie, z wyczuciem. William potrafi oddać emocje i treść nawet fakturą pędzla, pozostawioną na grubej warstwie farby. Sposób wykończenia pierwszego autoportretu również budzi silne wrażenie odrealnienia, niepokoju.
Wywiad
Kim jesteś prywatnie? Co robiłeś przez pierwsze 18 lat życia, zanim chwyciłeś za pędzel? Co lubisz robić poza malowaniem?
Miałem dość osłonięte dzieciństwo. Byłem cichym, nerwowym dzieciakiem. W pewnym stopniu nadal jestem, choć po tylu latach nauczyłem się funkcjonować wystarczająco dobrze — choć wciąż mam martwe punkty. Większość dzieciństwa spędziłem grając, żyjąc cyfrowym życiem. Potem, jako nastolatek, wkręciłem się w deskorolkę, picie i palenie. Zawsze miałem pasję do rysowania, ale do osiemnastki to naprawdę byli tylko superbohaterowie albo głupie rysunki żeby rozśmieszyć kolegów.
Opowiedz o serii „Naked Island". Jak ją teraz widzisz, co o niej myślisz? W wywiadzie dla artit.net wspomniałeś, że chciałeś ją skończyć w czerwcu 2025. Czy jest definitywnie zamknięta? Plany na nową serię?
Zapomniałem, że pisałem o zakończeniu do czerwca. Czasem sam sobie przeczę. Staram się nad tym pracować. W tej chwili myślę, że nawet nie zacząłem w pełni rozumieć możliwości tego, czym Naked Island może się stać. Mam kilka nowych pomysłów, które leżały w głowie. Zaczynam teraz niektóre z tych obrazów. Mam gotowy kolaż do dużej, ambitnej pracy, którą mam nadzieję skończyć na przyszły rok na pokaz dyplomowy.
Wspomniałeś, że seria jest inspirowana m.in. grą „Silent Hill". Jesteś graczem? Jakie są Twoje ulubione tytuły? Przy okazji — ulubione filmy, reżyserzy?
Już raczej nie gram. Nie mam na to czasu i widzę, jak bardzo to potrafi odciągać uwagę. Jest kilka gier, które uważam za dzieła sztuki i grałem w nie właśnie z tego powodu. Szczególnie Silent Hill 2. Podobały mi się też serie Grand Theft Auto i Red Dead Redemption, Metal Gear Solid i Oddworld. To jedne z niewielu serii, które według mnie miały prawdziwą substancję. Jeśli chodzi o filmy — jestem wielkim fanem Kubricka. Choć to oczywisty wybór, uważam że „Lśnienie" to największe dzieło sztuki stworzone w jakimkolwiek medium.
Malujesz ze zdjęć i własnych kolaży. Czy malujesz też z natury, plenerowo? Czy rozpoznajesz jakiś rodzaj praktyki, ćwiczeń, czy cały czas poświęcasz głównym pracom?
Nigdy nie malowałem z natury. Jestem zbyt przyzwyczajony do malowania ze zdjęć i nie byłem dość ciekawy, żeby spróbować. Kiedy jestem na zewnątrz, w przyrodzie — to mi wystarczy. Nie czuję potrzeby, żeby rozkładać sztalugę i to uchwycić.
Jak podchodzisz do obrazów, które nie idą w dobrym kierunku? Zdarzają się nieudane? Porzucasz je, zaczynasz od nowa, czy próbujesz wycisnąć maksimum z każdego panelu?
Kiedyś było z tym bardzo źle — niszczyłem pewnie połowę tego co namalowałem. Teraz niszczę może jedną piątą, co jest dużo lepiej! Myślę, że to dlatego że się poprawiłem od tamtego czasu.
Jesteś w pełni zadowolony ze swoich obrazów? Dopada Cię klątwa artysty? Nie pytam o blok twórczy — pytam o zaburzoną percepcję własnej pracy. Coś jak niechęć do słuchania nagrań własnego głosu. Innym się podoba, a malarz widzi niespełnione nadzieje. Dopada Cię to? Jak sobie z tym radzisz?
Tak, są obrazy które czuję jakby mnie prześladowały, a potem po kilku latach jestem z nich dumny. Nie wiem czy moje obrazy są dobre, dopóki nie minie sporo czasu i nie zdążę ich przetrawić. Ostatnio zauważyłem, że właściwie boję się pokazywać obrazy na wystawach, zwłaszcza jeśli są nowe — bo nie mam pojęcia co właśnie powiesiłem na ścianie. Szczerze, nie wiem czy to jest dobre, dopóki nie minie trochę czasu.
Muszę zapytać — znasz jakichś polskich malarzy? Inspirował Cię kiedyś polski film, inne dzieła kultury z naszego kraju?
Beksiński!
Czym jest sztuka?
Podoba mi się to co powiedział Picasso: „Sztuka jest kłamstwem, które mówi prawdę."